Głuche uderzenie budzi mnie ze snu, otwieram oczy i widzę brudne odciśnięte palce dzieci na podsufitce samochodu. Tak znowu śpię w aucie a chwila konsternacji uświadamia mnie, że nie najlepszym pomysłem było zaparkowanie auta pod jabłonką. Patrzę na Krzycha śpiącego obok, a on podnosząc jedną powiekę przez zaciśnięte zęby śpiącym głosem wypowiada – „jabłko”…. i utwierdza mnie w przekonaniu, że właśnie wylądowało nam na dachu. Jest 8:10, późno jak na nas, ale wczorajsza impreza i jazda, dobiła nas totalnie.
Znowu Czechy, zajebiste klimaty tym razem na dwóch kołach. W ostatniej chwili decyzja, zamiast skał i wspinu – rower, gdyż pogoda nie pewna, a w Czechach warun godny. Jedziem. Padło na Rychleby. Byłem tam kilka lat temu zdecydowanie w lepszej formie i młodszy, ale stwierdziłem, że będzie to zajebista weryfikacja naszej mocy po kilkumiesięcznych wylizywaniach się z kontuzji. Nie spodziewałem się jak bardzo zostanę sprowadzony na glebę.

Rychlebskie ścieżki to wyjątkowy teren masywu Sokoli virch, który tworzy główną panoramę Czarnej Vody. Jak piszą na stronie ścieżki te są przeznaczone dla doświadczonych rowerzystów, którzy opanowali jazdę techniczną w terenie i zaleca się jazdę na rowerach w pełni amortyzowanych. Oczywiście wybraliśmy się na rowerach hardtail czyli rowerach tylko z amortyzacją z przodu. Jak to niektórzy mówią na takich szlakach te rowery nie wybaczają błędów. Nie zaliczamy się do extremalistów ale stwierdziliśmy, że jak nie spróbujemy to się nie dowiemy.


Pełni zapału wciągamy jajecznicę z kabanosem przygotowaną na naszej samochodowej kuchni i popijamy sporym kubkiem kawy. Startujemy ostrym podjazdem trasa dr. Wiessner. Ponieważ znam tę trasę śmiało proponuję zakład koledze – jak wjedziesz na górę bez podparcia się nogą to stawiam duże piwo. Z uśmiechem przyjmuje zakład, choć podejrzewa podstęp. Początkowo idzie łatwo powoli i mozolnie brniemy pod górę w pewnym momencie zaczyna się techniczny odcinek przejazd przez strumień w bród oraz szlak wymuszający pełne skupienie. Tu trzeba mocno balansować ciałem aby nie stracić równowagi. Dobre 450 metrów w pionie na nie dużym odcinku potrafi podnieść tętno do krytycznych wartości. Udaje się pokonać podjazd choć przyznam, że zarówno ja jak i towarzysz podparliśmy się nogą na zakrętach.


Dalej lekki podjazd po poziomicy i jesteśmy na starcie Superflow. Uśmiecham się bo wiem co nas czeka. Poradziłem Krzychowi spuścić siedzenie bo nie ma regulowanej sztycy. Łyk wody i lecimy. Pierwsze hopki powoli aby nabrać pewności siebie ale nim dalej tym bardziej fantazja bierze górę. Po pierwszej sekcji zatrzymuje się i czekam na Krzycha. Dojeżdża cały czerwony i z ekscytacją w głosie oświadcza … ja pierdziele ale jazda i szybko opuszcza jeszcze bardziej siedzenie roweru. Uśmiecham się i mówię to co gotowy na superflow? A co to było teraz pyta zdziwiony? To był przedsmak, a teraz jedziemy do samego dołu. Puszczam hamulce i jazda, ponad 11km zjazdu. Nim dojeżdżam do dołu jestem już cały spocony a w łydkach mam skurcze od amortyzowania nogami przeszkód na trasie. Cała pętla ma 18km i 450 przewyższenia. Zajęło nam to 2,5 godziny. Tego samego dnia pykamy jeszcze jedną trasę a potem lądujemy w tutejszej knajpce na browarku.


Rychlebskie ścieżki to trasy zdecydowanie bardzie wymagające niż singletrack. Tu trzeba już umieć jeździć. Trasy te przeznaczone są dla doświadczonych cyklistów, którzy czerpią frajdę z technicznej jazdy klucząc w lesie między drzewami czasem wykorzystując granitowe płyty, głazy urwiska, kładki i brody. Jak poniesie cię fantazja a umiejętności za nią nie nadążą to w najlepszym razie wylądujesz w krzakach.

