Promienie słońca przebijające się przez chmury, parujący las i nawet świergot ptaka zapowiadają piękną pogodę, raczej wiosenną niż zimową. Błogą ciszę przerywa odgłos bębnów unoszący się nad lasem zwiastujący nadejście nieuniknionego. Ponad dwustu wojowników gotowych zmierzyć się ze swoimi słabościami czeka na sygnał do ataku. Z niepewnością spoglądają na błotnistą breję rozlaną na stromym zbiegu tuż za startem. Ostatnie poprawki ubioru, przybicie piątki ze znajomymi, ustawienie zegarków, i odliczamy. Na zegarze pojawia się 10:00 oznaczająca start Zimowego Półmaratonu Górskiego po Rudawach.



175 uderzeń na minutę
Pognali niczym zerwany z łańcucha pies za listonoszem. Jedni centralnie środkiem wymachując rękoma aby utrzymać równowagę, inni bokiem, krawędzią błotnistej rynny, byle w dół, do szlaku. Nie jeden zaliczył „dupo-ślizga” przybierając już na początku wojenne barwy. Wybiegam na szutrową drogę trawersującą wokół Sokolika (643 m n.p.m.). Już po pierwszych 500 metrach wiedziałem, że ubrałem się za ciepło, choć temperatura około 7 stopni to poziom adrenaliny zdecydowanie zwiększał odczuwalne wartości. Cały czas w duchu powtarzam sobie nie za ostro, powoli rozbujaj silnik. Tętno wraca do przyzwoitych wartości tuż przed pierwszym podbiegiem. Organizatorzy zadbali o to aby na samym początku ładnie rozbić peleton. Kto nie poległ na zbiegu to z pewnością zapłacze na pierwszej górce (Sokolik) a jak mu za mało to już na pewno przyklęknie na drugiej, parę set metrów dalej (Krzyżna Góra 653 m n.p.m.). Spoglądam na zegarek 1,8 km a wiec pierwsza „kiepka” start. Stromy techniczny podbieg długości około 0,7km i w pionie 160m. Niby nic ale patrząc, że to rozgrzewka (minęło dopiero 10 minut) i w tętnie 175 uderzeń to jak tak daje pójdzie silnik się zatrze. Dwa większe wdechy i „dzida” w dół. Stromo ale szeroko, but dobrze trzyma szutrowe podłoże wiec można się w marę rozpędzić. Po drodze dużo kibiców, zachęcających do podkręcenia tempa z uśmiechem na twarzy krzycząc …świeży jesteś, dajesz. Pod szczyt Krzyżnej dobiegam już w towarzystwie kilku osób. Ostry stromy, prawie pionowy zbieg rozbija peleton do reszty. Ci mocniejsi są już pewnie na podbiegu pod Janowickie Garby a ja docieram dopiero na pierwszy punkt żywieniowy zlokalizowany przy schronisku Szwajcarka 4,5km od startu. Dolewam izo i kolejny raz zbiegam błotnistą rynną.
Zima, czy wiosna oto jest pytanie?
Wybiegam na szlak i staram się utrzymać równe tempo aby wyrównać oddech. Czas się rozebrać bo czuje, że się gotuję we własnym sosie. Kurde miało być zimno, szron na brodzie, śnieg, a tu kremik i okularki. W marszu ściągam bluzę i błogi wiaterek osusza spocone ciało. Tak to można dreptać, pocieszam się w duchu. Wciągam żela i już bez wymówek do przodu. Kilometry lecą, czuje że jest dobrze jak na tak małe przygotowanie z mojej strony. Decyzję o starcie podjąłem trzy tygodnie temu zupełnie na spontanie. Jest to mój debiut w zimowych biegach i szczerze liczyłem na zimowe warunki. Jeszcze 20 dni temu były wspaniałe warunki śniegowe na Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych, który zainspirował mnie do startu, a tu niestety pogoda spłatała figla.
Nabijanie kilometrów
Na 9 kilometrze dobiegam do Zamku Bolczów trasa prowadzi przez barbakan i dalej drogą zamkową przez Miedziane Skały do kolejnego już ostatniego punktu żywieniowego przy polanie Mniszkowej. Miła obsługa zachęca do skosztowania specjałów. Łykam izo, dwa banany w rękę i pędem w kierunku szczytu Wołek (878 m n.p.m.). Strome podejście na krechę w górę daje się we znaki. To najwyższe wzniesienie na trasie. Wyciągam telefon i pykam fotkę pięknej panoramy z jak to niektórzy nazywają „cyckami Maryny” w tle (Krzyżna i Sokolik). Patrzę na numer startowy i wyrysowany na nim profil trasy. Z zegarka wynika, że jestem na 13 km teraz już raczej w dół, trzeba cisnąć, zostało 8km. To jest ten moment kiedy trzeba nadrabiać straty złapane na podejściach. Znowu żelik zwijam kije i w dół w kierunku Starościańskich Skał. Szutrowym duktem biegnie się pięknie równy oddech wyznacza tempo. Jacyś turyści spoglądają na mnie z niedowierzaniem walcząc z oddechem na podejściu w przeciwnym kierunku.

Górskie niespodzianki
Z pięknego szutrowego duktu tasiemki wskazujące drogę kierują w las. O zgrozo błoto, koleiny, bagno, strumień płynący środkiem. Odstawiam jakieś niestworzone figury aby nie wpaść po kolana. Doganiam grupkę biegaczy, których zdecydowanie mocniej spowolnił ten tor przeszkód. Skręt w lewo pod górę. Słyszę charakterystyczny odgłos owczego dzwonka. Jeden z organizatorów stoi na podbiegu machając dzwonkiem krzyczy „… dalej, dalej, dalej, jeszcze parę metrów i starościańskie a potem 4km w dół…”. Jakbym dostał skrzydeł, wyprzedzam całą grupkę i podbiegam pod skałę, a tam pionowo pod górę, prawie wspinaczka między skałami pod sam szczyt Lwiej Góry (718 m n.p.m.). Pamiątkowa fota i ciasnymi slalomami pomiędzy skałami w dół do podstawy ściany. Wybiegam na już dobrze znany szutrowy dukt. Ostatni żelik przechodzi gładko przez gardło popity sporą ilością płynu. Teraz już się nie ma co oszczędzać.




Z przytupem na zakończenie
Popychany grawitacją pędzę na ile mam mocy w kierunku Przełęczy Karpnickiej. Dopadam asfaltu odbijam w lewo i słyszę jak gość sprzedający miód z rubasznym uśmieszkiem na twarzy krzyczy … jeszcze 600 metrów i meta, a biegiem to może nawet 500… Nie było mi do śmiechu bo wiedziałem co mnie czeka. Błotnista rynna po raz trzeci tym razem pod górkę. Bez wahania wyciągam kije przy pomocy których, pokonuję ostatnie metry tego półmaratonu mając wrażenie, że jeden niekontrolowany ruch dzieli mnie od zjazdu do wsi. Ubłocony po pachy, z mroczkami przed oczami ale szczęśliwy, że dotarłem do mety bez kontuzji mocno ściskam medal wręczony na mecie. Wspaniała zabawa w iście wiosennych warunkach dobiegła końca.

Pokłon organizatorom
Zajadając pyszny żurek popijany piwem bezalkoholowym bez wątpienia stwierdzam, że jest to mega impreza z wyśmienitym przygotowaniem na bardzo wysokim poziomie. Ani przez chwilę nie odczuwało się dyskomfortu, że może czegoś brakuje, albo że jest niebezpiecznie. Wszystko na czas we wspaniałej oprawie. Zarówno organizatorzy jak i wolontariusze zasługują na wiele większy medal niż my biegacze. Widać, że tworzą jedną wielką rodzinę skupioną wokół pasji jaką są biegi górskie. Przemawia przez nich wieloletnie doświadczenie w organizacji imprez sportowych. Z dumą więc założę chustę otrzymaną w pakiecie startowym wybierając się na kolejne górskie zawody lub po prostu na szlak w góry.
Rudawy Zimowy Festiwal Biegowy w szczegółach
- Organizatorem jest Fundacja Szczyt za Szczytem, która organizuje również Chojnik Karkonoski Festiwal Biegowy
- Zawody rozgrywane są w Rudawach Janowickich na pięciu dystansach:
- Sześćdziesiątka – 60,5 km suma przewyższeń 2765m
- Czterdziestka – 43,5 km suma przewyższeń 2185m
- Dwudziestka – 21km suma przewyższeń 1108m
- Dziesiątka – 10,5km suma przewyższeń 536m
- Rodzinna Dziesiątka – 10,5km suma przewyższeń 536m
- Miejsce startu i zarazem meta oraz biuro zawodów zlokalizowane jest w Schronisku Szwajcarka, ul. Janowicka 7, 58-533 Karpniki

Informacje praktyczne:
Dojazd: Do Karpnik najszybciej dojedziemy z Jeleniej Góry DK3 w Radomierzu skręcając na Janowice Wielkie i Karpniki. Z Wrocławia A4, DK5, DK3 w Radomierzu skręcając na Janowice Wielkie i Karpniki. Alternatywą są połączenia koleją do Trzcińska skąd mamy spacerkiem do Szwajcarki 3,5km lub do Janowic Wielkich gdzie czeka nas już 7 kilometrowy spacer do miejsca zawodów.
Nocleg: Schronisko Szwajcarka, ul. Janowicka 7, 58-533 Karpniki tel. 781 482 993 lub 604 677 495 – cena: od 40 zł; Agroturystyka 9 UP, Trzcińsko 65, 58 – 520 Janowice Wielkie tel. 508 393 642, 576 170 539 – cena: od 35 zł



